Problem z autem i zatrzymanie przez szwajcarskich celników

Część z Was wie, że udało nam się wrócić na krótki urlop do Polski. Istniało duże ryzyko, że spędzimy tutaj kolejne miesiące bez wizyty w domu. Podczas zmiany pracy mieliśmy o tyle ‘’niekomfortową’’ sytuację, że obowiązywała nas umowa do końca roku a nowi pracodawcy potrzebowali ludzi najpóźniej od 27. grudnia. Nie dość, że nie mogliśmy myśleć o kilku dniach wolnego to jeszcze nakładały nam się powyższe terminy. Z pomocą przyszedł nasz szef, który zgodził się abyśmy skończyli pracę prawie 2 tygodnie wcześniej i rozpoczęli nową zgodnie z planem.

Droga powrotna

Do Szwajcarii przyjechaliśmy autem zapakowanym prawie pod korek. W drogę powrotną udało nam się zabrać jedynie połowę rzeczy zgromadzonych na miejscu – a przecież nie mieliśmy już żadnego jedzenia. 🙂 Pomimo roztropnego wydawania pieniędzy, niczym sroki znosiliśmy jakieś perełki do naszego gniazda. W zasadzie nie stanowiłoby to żadnego problemu gdyby nie fakt, że do nowego miejsca zamieszkania możemy się dostać wyłącznie wyciągiem krzesełkowym – znaczna część rzeczy musi zimować na dole, w samochodzie.

Droga powrotna przebiegała bez większych komplikacji. Z mieszkania wyjechaliśmy ok. 10:00. Pierwszy przystanek w Konstancji – drobne zakupy i tankowanie. Kolejne postoje warunkowane były przede wszystkim kończącym się gazem w butli. Swoją drogą stacje paliw obsługujące LPG niestety są na autostradach mniejszością – nie jest dobrym pomysłem bazowanie wyłącznie na tym zasilaniu. 🙂nosacz, problemy z zautem, LPG, zatrzymanie przez szwajcarskich celników Mając w ¾ pełny zbiornik benzyny jechaliśmy ze spokojną głową, co i tak nie uchroniło nas przed irytującą sytuacją związaną z tankowaniem. Drogowskaz z oznaczeniem LPG skierował nas na jeden ze zjazdów. Po przejechaniu 9 km nie zobaczywszy żadnej stacji, musieliśmy zawrócić. Strata czasu i paliwa.problemy z autem, zatrzymanie przez szwajcarskich celników, samochód, LPG, licznik

Laguna czasem potrafi nas zaskoczyć zapaloną lampką rezerwy przy połowie zbiornika 😉

Mimo wszystko przekonałem się na własnej skórze, że droga do domu z każdym kolejnym kilometrem staje się coraz przyjemniejsza. Przejechałem cały odcinek bez zmieniania się z M. (która tym razem dzielnie nie spała). Pierwsze oznaki zmęczenia dopadły mnie dopiero na ok. 200 km przed domem, po zjechaniu z trasy szybkiego ruchu. O godzinie 3:15, po niespełna 17 godzinach jazdy byliśmy na miejscu 🙂

Samochód

Drobne problemy z samochodem mieliśmy już w sierpniu, podczas drogi w pierwszą stronę. Pod koniec trasy mocno odczuwalne były drgania kierownicy przy przyspieszaniu. Sądziłem, że może to być spowodowane zdeformowaniem którejś z opon, jednak przerzucenie kół pomiędzy osiami nie przyniosło oczekiwanego rezultatu.problemy z autem, zatrzymanie przez szwajcarskich celników, samochód, LPG, licznik

Problem nie był na tyle dokuczliwy, że postanowiliśmy załatwić sprawę po powrocie do kraju. Następnie posłuszeństwa odmówiły światła. Po wymianie jednej żarówki i sprawdzeniu bezpieczników wyczerpały się moje umiejętności jako mechanika. W dodatku podczas jednej z prób naprawy zostawiłem auto na światłach (których nie było widać że są włączone) co doprowadziło do całkowitego rozładowania akumulatora i unieruchomienia pojazdu. Nie mieliśmy prostownika. Wypychanie we dwoje pod górkę 1,3 tonowego samochodu aby spróbować odpalić go ‘’na pych’’ nie było przyjemne. Po dwóch próbach bezskutecznego rozruchu odpuściliśmy. Następnego dnia udało mi się zorganizować firmowego busa i odpalić auto za pomocą kabli. Po kolejnych diagnozach okazało się, że żarówka którą początkowo wymieniłem nie łączyła na stykach, a druga była najzwyczajniej w świecie spalona. W ten sposób uniknęliśmy prowadzenia auta do jakiegoś warsztatu i wróciliśmy na kołach do domu.problemy z autem, zatrzymanie przez szwajcarskich celników, samochód, LPG, licznik, kable rozruchowe, akumulator

Z mechanikiem byłem umówiony już na kilka dni przed powrotem. Czasu na wszelkiego rodzaju przeglądy było ‘’aż’’ 4 dni, więc w zasadzie problem z autem mieliśmy z głowy. Wszystko miało być dopięte na ostatni guzik – trzęsienie, światła, oleje, hamulce itp. Standard przed długą trasą – w końcu teraz czekało nas nie 1400 a 1700 km do pokonania, w znacznym stopniu przez tereny górzyste.

Świąteczna gorączka

Sobota, dzień przed wigilią. Godzina 16:00, dzwonię do mechanika zapytać o auto. Okazało się, że jest niezrobione. Nie wyrobił się z naprawą samochodu, który blokował mu wjazd na kanał. Nogi zrobiły mi się jak z waty. Przecież nikt nie przyjmie mi samochodu w święta, a wyjeżdżamy w nocy drugiego dnia świąt. Byłem załamany. Niesprawną częścią okazała się jedna z przednich półosi, której nie jestem nawet w stanie nigdzie zamówić. Mój samochód wjechał na warsztat późnym wieczorem bez nadziei na kompletną naprawę. Ostatnią szansę stanowiły aukcje z używanymi częściami i dobra wola właściciela, który zgodzi się na transakcję o tak późnej porze. Po stresujących poszukiwaniach zorganizowaliśmy brakujący element. Kolejny raz rzutem na taśmę udało się przygotować auto do drogi. Jeżeli będziecie kiedyś w podobnej sytuacji, radzę pilnować wszystkiego na bieżąco. Byłem przekonany, że 4 dni to wystarczający czas na wszelkie naprawy, więc przestałem interesować się postępami w tej kwestii aż do ostatniej chwili. Gdybym wiedział, że znajdę się w takiej sytuacji problem z autem postarałbym się rozwiązać gdzieś indziej, gdzie mechanik mógłby zająć się nim od ręki. Uniknąłbym sobie wielu stresów a jemu pracy do późnych godzin nocnych na dzień przed wigilią.

Kontrola celna

Tak jak się spodziewaliśmy droga powrotna nie była już tak komfortowa jak w pierwszą stronę. Wyjechaliśmy z domu ok 23:00. Jazda przez całą noc była męcząca. Potwierdza się fakt, że najgorsze są wtedy godziny wczesnoporanne. M. się przysypiało, ze względu na dodatkowy ból głowy. Dla mnie stanowiło to nie lada utrudnienie. Każdy kto prowadził auto którąś godzinę z rzędu, mając obok siebie śpiącego pasażera wie o czym mówię. W Niemczech postanowiliśmy zrobić postój na godzinną drzemkę. To była dobra decyzja. Ok. 7:00 byliśmy gotowi do pokonania pozostałych kilkuset kilometrów. Naszym celem było poprzednie miejsce pracy, gdzie mieliśmy zapakować pozostawione wcześniej rzeczy i przespać się kilka godzin przed dalszą drogą do punktu docelowego. Szwajcarską granicę przekraczaliśmy w Konstancji. Zdziwiło nas, że na przejściu nie było żadnego strażnika. Po przejechaniu jakichś 2 km zauważyłem, że bus jadący za nami miga mi światłami. Moja pozycja w samochodzie była na tyle wysoka, że nie widziałem w tylnym lusterku tzw. koguta na dachu. Po kilkudziesięciu metrach Martyna odwróciła głowę i zauważyła, że to służba celna. Zjechaliśmy na pobocze i czekaliśmy na funkcjonariusza. Do drzwi podeszło 2 panów, którzy poprosili mnie o dokumenty samochodu. Przekazałem wszystkie papiery wraz z notarialnym upoważnieniem do korzystania z samochodu nie będącego moją własnością. Strażnik zażyczył sobie dodatkowego dokumentu potwierdzającego zgłoszenie samochodu do odpowiedniego urzędu. Niestety takowego nie miałem. Drugi mężczyzna przez telefon podawał nasz numer rejestracyjny. Pan, z którym rozmawiałem zajrzał na naszą tylną kanapę, w schowki w drzwiach i poprosił o otworzenie bagażnika. Zapytał mnie, które spośród 5 walizek znajdujących się w kufrze należą do mnie. Zaśmiał się gdy usłyszał, że mam tylko jedną. Otworzyłem ją, przejrzał pobieżnie zawartość i poprosił o otworzenie drugiej, największej ze stada. Zapytał czy wieziemy alkohol i papierosy. Odparłem zgodnie z prawdą, że tylko jedną butelkę wódki. Na koniec zapytał kiedy zamierzamy ponownie przekraczać granicę i kazał zgłosić się po wymianę prawa jazdy przed upływem roku od pierwszego przyjazdu na teren Szwajcarii. Mając mieszane uczucia po tego typu kontrolach policyjnych w Polsce zatrzymanie przez szwajcarskich celników pozytywnie mnie zaskoczyło. Nie potraktowano nas jako przemytników, rozmowa odbywała się na formalnym, aczkolwiek dosyć ‘’luźnym’’ poziomie.

Ostatnie 50 km i mogliśmy cieszyć się z dotarcia do poprzedniego mieszkania. Naszym oczom z powrotem ukazały się połacie śniegu. Po krótkiej drzemce poinformowaliśmy dotychczasowego szefa o naszym przybyciu. Spotkaliśmy się z nim i jego żoną pół godziny później, aby dopiąć ostatnie formalności. Miło jest wiedzieć, że zostawia się po sobie dobre wrażenie i z pozytywną energią można zaczynać nowy etap. 🙂problemy z autem, zatrzymanie przez szwajcarskich celników, tort, podziękowanie

A Wy, w jaki sposób kończyliście współpracę z pracodawcami? Też jesteście zdania, że nigdy nie warto palić za sobą mostów?

Jeżeli chcecie zobaczyć nasze podsumowanie roku 2017, odsyłam Was tutaj.  🙂

K.

Leave a Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

CommentLuv badge