Wracamy do domu!

Pamiętacie jeszcze ostatni wpis K.? Jeśli nie, odsyłam Was teraz do niego – tutaj. 🙂 A jeśli tak, zapraszam do następnej części lektury. Nie będzie śmiesznie (przynajmniej dla nas wydarzenia te nie były powodem do żartów), ale będzie ciekawie. Serio!

Podsumowując wpis K. – auto dalej odmawia posłuszeństwa. Ani prośby ani groźby ani wszelkie próby naprawy na własną rękę ( z pomocą mechaników z Polski) nie dały żadnego rezultatu. Trzeba się z tym pogodzić – jesteśmy ponad 1600 km od domu, w dość wysokich górach, bez sprawnego auta, ale za to z beznadziejną pracą. Kosmos! 😀

Żarty się skończyły

Kiedy zostaliśmy odarci z wszelkiej nadziei przyszedł moment na podjęcie jakichkolwiek decyzji. Szybka kalkulacja zysków i strat obecnej sytuacji i już wiadomo.. WRACAMY DO DOMU! Jedynym zyskiem było wyrwanie się z kiepskiej pracy (to już jest temat na oddzielny wpis, więc jeśli jesteście ciekawi co takiego sprawiło, że uciekliśmy stamtąd już po 3 tygodniach dajcie znać w komentarzach). Pojawił się więc nowy problem – JAK!? Jak przetransportujemy naszego jaguara do Polski, jak my sami się tam dostaniemy, co z wszystkimi rzeczami, które mamy ze sobą? Sytuacja nie była zbyt komfortowa – uwierzcie. 😉

powrót do domu, Szwajcaria, Polska, Transport, bagaż, walizki, rzeczy osobiste

Powrót do domu

Nie mieliśmy innego wyjścia – została nam tylko opcja lawety dla auta i jakiegoś busa, który zgarnie nas do domu. Nie było to jednak takie łatwe. Po obdzwonieniu kilku przewoźników i próbach załatwienia transportu dla nas byliśmy naprawdę zrezygnowani. Wszędzie słyszeliśmy jedną odpowiedź – „przepraszamy bardzo, ale w zimie nie jeździmy w góry”. AHA. Tylko przecież jakoś musimy się stąd wydostać! Zniechęceni wzięliśmy się za poszukiwanie lawety – z tym już było (o dziwo!) dużo prościej. Kilka firm zgodziło się przewieźć Renatę do kraju. Wpadliśmy wtedy na genialny pomysł, że może udałoby się zabrać jednym kursem Lagunę i nas! Plan idealny.. w teorii.
Zacznę od tego, że ceny zbiły nas z nóg (biorąc pod uwagę wartość naszego auta). Nie mieliśmy jednak wątpliwości, że jest to dobra decyzja. W żadnym wypadku nie chcieliśmy zostawiać naszego maleństwa w Szwajcarii, musiała wrócić z nami do domu. Ach ten sentyment. 🙂

Konkrety

Dość szybko znaleźliśmy przewoźnika, dla którego nie było żadnym problemem zabrać nas razem z autem. Dogadaliśmy szczegóły, wszystko zapowiadało się naprawdę całkiem spoko. Znając już datę powrotu, rozwiązaliśmy umowę w pracy z zachowaniem okresu wypowiedzenia i czekaliśmy na TEN dzień. Niestety komplikacje zaczęły się jeszcze przed podróżą, opóźnił się termin wyjazdu – trzeba było załatwiać z kierowniczką, żebyśmy mogli zostać w pracy (a właściwie w mieszkaniu) jeden dzień dłużej (Noc na mrozie wcale nas nie urządzała :P). Udało się! Nadeszła sobota, wstajemy rano, ogarniamy jakieś kanapki na podróż, dopakowujemy resztę rzeczy i zjeżdżamy na dół. Nie rozwodząc się – kierowca miał być na 11, przyjechał około 15. Ale to nic.. w końcu już jesteśmy w drodze – trzeba się cieszyć, że się udało! No nic bardziej mylnego.. ale byliśmy wtedy naiwni!

powrót do domu, Szwajcaria, Polska, Transport, droga, autostrada, szybkość

Spóźnienie to „pikuś”

Okazało się, że nasza podróż nie będzie taka prosta, szybka i przyjemna. Musimy jeszcze zgarnąć dwa auta „po drodze”. Ale co tam! Na pewno gładko pójdzie, niedługo będziemy w domu! Nie.. w praktyce tak to niestety nie wyglądało. Okazało się, że auto, które towarzyszy naszej Lagunie na lawecie musi być zostawione w innej części Szwajcarii, na jego miejsce trzeba wziąć inne – które de facto wcale po drodze nie było, a na koniec jeszcze jeden samochód zgarniemy w Niemczech (jak można się już pewnie domyśleć niekoniecznie na naszej trasie). Nie będę Wam tu opisywać ze szczegółami jak to wszystko wyglądało bo naprawdę przejście przez tę sytuację po raz drugi budzi we mnie baardzo negatywne odczucia. Wspomnę tylko, że po drodze mieliśmy dwie kontrole policji ( pierwsza w Szwajcarii, kolejna już w Niemczech), żadna nie należała do tych przyjemnych. Okazało się, że kierowca po niemiecku zna jedno słowo: ‘ja’, więc K. występował w roli tłumacza – całe szczęście, poradził sobie całkiem nieźle!

Niespodzianek ciąg dalszy 🙂

Gdyby ktoś stwierdził, że problemów było mało pojawił się kolejny – zastał nas zakaz jazdy w Niemczech obowiązujący auta takie jak to, którym się poruszaliśmy w godzinach 22:00 sobota – 22:00 niedziela ( nie wiem na jakiej zasadzie to działa, byliśmy traktowani jako auto dostawcze/transportowe? nie wiem Andrzej). W każdym razie musieliśmy spędzić noc ‘na stancji’ właściciela – wśród obcych ludzi, pracujących w tamtej okolicy, na bardzo małym metrażu.. baaardzo niekomfortowa sytuacja. No, ale nie mieliśmy wyjścia. W niedzielę ruszyliśmy w dalszą drogę! Nie było już z górki.. ciągle było pod nią. Kierowca chyba był ‘świeżakiem’, co około 300/400km zatrzymywał się na drzemki. I to nie byle jakie bo po 3/4h minimum (!). Naprawdę mieliśmy dość tej drogi.. Nie wspomnę już o tym, że radio grało non stop, coś w rodzaju techno (tak mi się wydaje, że to było to) w dodatku tak głośno, że ciężko było usłyszeć swoje myśli. Cieszę się, że teraz pisząc tego posta mogę sobie siedzieć w swoim pokoju, wygodnie, w ciszy.. w idealnych warunkach!

powrót do domu, Szwajcaria, Polska, Transport, droga, autostrada, drzemka

Miarka się przebrała!

Znosiliśmy wszystko cierpliwie wiedząc, że już niedługo będziemy w Polsce.. z każdym km coraz bliżej. Tak nam się przynajmniej wydawało.. Po kontroli w Niemczech, dalsza podróż stanęła pod dużym znakiem zapytania. Musieliśmy zostać na parkingu do godz. 22. A była godzina 17! Nie wiedziałam jak mamy zareagować.. Dowiedzieliśmy się też wtedy, że jedno z aut trzeba odstawić za Bydgoszcz, to nie jest po drodze. Perspektywa kolejnej nocy, dnia i być może następnej nocy w samochodzie nie uśmiechała nam się zupełnie. Podjęliśmy decyzję – dzwonimy do mamy! Jakie było nasze szczęście kiedy dowiedzieliśmy się, że rodzice po nas przyjadą. Nie było to niestety 100km czy 200.. ale około 800! W jedną stronę:O Umówiliśmy się więc, że spotkamy się w Zgorzelcu – my mieliśmy do granicy ok. 200km, rodzice ok. 600. Zgadnijcie kto na kogo czekał.. tak. Dojeżdżając na miejsce zobaczyliśmy znajome auto, które zabrało nas do domu. O godz. 11 we wtorek byliśmy „już” na miejscu. Szczęście wielkie! Laguna dojechała w środę(!) koło godz. 18. Wszystko dobrze się skończyło, teraz nawet próbujemy sobie żartować z całej tej sytuacji, ale uwierzcie nam na słowo.. Nikomu nie życzymy takich „atrakcji”. Nie było w tym absolutnie nic przyjemnego. Ile użyliśmy to tylko my sami wiemy.

Dom, powrót do domu, Szwajcaria, Polska

Jak widzicie, nie było łatwo. Obecnie odpoczywamy w swoich domach, powoli zaczynamy rozglądać się za nową pracą, musimy kupić nowe auto.. dużo się dzieje. Wiemy, że była to ostatnia podróż do Szwajcarii z Laguną. Czas na zmiany 🙂

Mieliście kiedyś do czynienia z „laweciarzami”? Macie podobne odczucia co do nich? My jedno wiemy na pewno.. NIGDY WIĘCEJ takich przygód!

Pozdrawiam!
M

Leave a Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

CommentLuv badge