Wszystko jak po grudzie

Te słowa najlepiej pasują do sytuacji towarzyszących nam na dzień przed wyjazdem.

sznur, lina, problem

Kilka dni przed startem wymyśliliśmy sobie, że fajnie byłoby zabrać statyw. Do robienia zdjęć, guziczkiem, bez ingerencji osób trzecich – w końcu jedziemy tylko we dwoje. Zamówiłem go z odpowiednim wyprzedzeniem, z odbiorem w kiosku ruchu. Wypadło na mały sklepik w sąsiedniej miejscowości. W niedzielę wyjazd, ja od kilku dni czekam na upragnionego SMSa z potwierdzeniem możliwości odbioru. Nic z tego. Jak mogłem w ogóle pomyśleć, że przesyłka przyjdzie na czas? Niby taka głupota a skutecznie wyprowadziła mnie z równowagi. Nie można się denerwować, po południu idziemy na wesele i musimy być w wyśmienitych nastrojach. Żeby oderwać myśli zaczęliśmy pakowanie auta – wyjazd już jutro. Pierwszą rzeczą na liście ‘do wzięcia’ była moja siłownia, lub to co uznałem że jestem w stanie przetransportować samochodem (Martyna miała swoją listę, bo punkty nam się nie pokrywały). Na tylne siedzenie wjechało największe pudełko. Samochód lekko przysiadł. Podczas wkładania odważników okazało się, że Renówka robi się coraz niższa, niższa aż w końcu koła schowały się pod błotnikami. Dodam, że nie było tego tak dużo, a w dodatku nawet nie zaczęliśmy pakować słoików (nie mówiąc o workach z cebulą). Mój mały zestaw towarzyszył mi podczas każdej przeprowadzki w nowe miejsce. Zrezygnowanie choćby z jednego talerza nie wchodziło w grę.

Wszyscy na mnie patrzą, na twarzach wypisane ‘Po co Ci to żelastwo’. Cisza. Czekają na reakcję i domyślam się, że pewnego rodzaju opamiętanie z mojej strony. Chyba nawet zrobiło mi się trochę głupio. Marek! Nie, nie krzyknąłem. Pomyślałem i z resztką nadziei wyszukałem nr do mechanika, który przygotowywał auto do wyjazdu. Wiedziałem, że istnieje możliwość podniesienia tyłu samochodu, jednak jest to mozolna a co najgorsze czasochłonna praca. Udało się, kolejny raz ratuje mi skórę. Mam się stawić najpóźniej za godzinę.

Rozpromieniony tryumfem pomyślałem, że może mimo wszystko warto zajechać do sklepu z którego miałem odebrać przesyłkę. Paczka mogła się zawieruszyć, system mógł nie wygenerować SMSa, chwytałem się każdej ewentualnej opcji. W sumie nie wiem dlaczego aż tak mi na nim zależało. Nie tracąc czasu wypakowałem tobołki i w drogę! Zostało jakieś 40 min. Trzeba się spieszyć. Jakieś 3 km przed moim przystankiem Panowie, stojący na poboczu w celach zarobkowych uznali że jadę zbyt szybko. Dotkliwy mandat. W dodatku, wszystkie PLNy wymieniliśmy na Euro i Franki, zostawiając jakieś grosze na paliwo. Trudno, później będę się tym przejmował – taka moja natura. Odstałem swoje, minuty się skurczyły na tyle, że byłem gotów zrezygnować z walki o statyw. Jadę. W miarę zgodnie z przepisami kalkulując, co musiałoby się stać żebym podróż do Szwajcarii spędził na miejscu pasażera, bez prawa jazdy w portfelu. Chyba jednak mogę ‘nadgonić’ kilka minutek 😉

Pani w sklepie informuje mnie, że od 2 dni leży paczka oznaczona w systemie jako: przesyłka niezidentyfikowana. Tłumaczę jej, że ja to ja, starając się stwarzać pozory przejętego wadliwym systemem. W prawdzie paczka w ręce nie zrekompensowała niesmaku po spotkaniu z Policją, ale lepszy rydz niż nic.

Pomimo wszelkich niedogodności udało mi się odstawić auto. Na wesele też zdążyliśmy – pozdrawiamy Damiana i Agę 😉

Niedzielny poranek upłynął na pożegnaniach i ponownym pakowaniu podniesionej Laguny 🙂

Swoja drogą, odważylibyście się jechać ‘ze strzała’ 1,5 tys km samochodem za mniej niż 4 tys zł? ;d

K

 

Leave a Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

CommentLuv badge